Pages Navigation Menu

Ochrona Praw Autorskich w Stanach Zjednoczonych – kilka refleksji.

Ochrona Praw Autorskich w Stanach Zjednoczonych – kilka refleksji.

Właśnie w sobotnie przedpołudnie, czytam sobie książkę Stanisława Czosnkowskiego „Ochrona Praw Autorskich w Stanach Zjednoczonych” wydaną w 1928 r. w Warszawie.

Ciekawa lektura, skłaniająca do szersze refleksji na temat wpływu wielkiego przemysłu i biznesu na kierunki rozwoju prawa autorskiego.

Autor przede wszystkim piętnuje współczesne mu Stany Zjednoczone za brak reform prawa autorskiego i nieprzystąpienie do Konwencji Berneńskiej.

W 1928 r. Stanisław Czosnowski pisał:

„Potężny kapitał, zaangażowane w przemyśle radiofonicznym, są przeciw reformie, zwalczają ją przemysł kinematograficzny i mechanicznych instrumentów muzycznych, syndykaty robotnicze przeciwstawiają się zniesieniu „manufacturing clause”, wydawcy i bibliotekarze wydzierają sobie prawo kontroli importu książek z Europy.”

Oto aktualny stan rzeczy.

(…)

Stany Zjednoczone są państwem potężnym i bogatym, ale żadna potęga, a temu samem bogactwo nie zwalnia państwa od obowiązku tworzenie praw sprawiedliwych. Wcześniej, czy później Stany Zjednoczone muszą uznać, że s sporze między przedsiębiorcą, kupcem, finansistą, a pisarzem i artystą, obowiązkiem państwa jest zapewnić ochronę słabszemu”.

(S. Czosnowski, Ochrona Praw Autorskich w stanach Zjednoczonych, Warszawa 1928, str. 12).

Autor wskazuje, iż dopóki Stany Zjednoczone nie podpiszą Konwencji Berneńskiej jedyną możliwa drogą ochrony rodzimych twórców jest podpisywanie przez poszczególne kraje umów dwustronnych. Dalej, autor analizuje zasady ochrony praw twórców polskich na terenie Stanów Zjednoczonych zapewnioną na podstawie Proklamacji Prezydenta Stanów Zjednoczonych z dnia 16 lutego 1927 o zapewnieniu ochrony praw autorskich obywatelom Rzeczypospolitej Polskiej na obszarze Stanów Zjednoczonych.

Szczególnie urzekły mnie rozważania dotyczące sposobu zabezpieczenia praw polskich literatów do utworów drukowanych w odcinkach w czasopismach.

Autor rozważając kłopotliwy obowiązek uzyskiwania amerykańskiego „copyrightu” na tego rodzaju utwory wskazuje:

„..obcy autor, chcąc uzyskać Copyright dla dłuższego swego utworu, drukowanego w odcinkach w piśmie codziennym, lub w czasopiśmie periodycznym, musi na każdym zeszycie pisma drukować formułę Copyrightu i nadesłać do biura Copyrightu w Washingtonie tyle zeszytów pisma, tyle wypełnionych formularzy i opłat rejestracyjnych, w ilu zeszytach (numerach) drukuje swój utwór. Dla autora, redaktora, lub wydawcy jest to ciężar nie do zniesienia , chcąc bowiem uzyskać ochronę prawną np. dla powieści drukowanej przez cały rok w tygodniu lub dzienniku, musiałby w pierwszym wypadku uiścić sumę 52 $, a w drugim 365 $ i wysyłać co tydzień lub codziennie wypełnione formularze.

W Polsce powieść przeważnie najpierw jest drukowana w całości w piśmie i dopiero po ukończeniu druku w piśmie wychodzi w formie książkowej. Utwór, taki, jeśli nie uzyska copyrightu, może być bezkarnie tłumaczony lub przedrukowywany w Stanach Zjednoczonych i ukazać się tam może w wydaniu książkowem wcześniej, niż go wydawca Polski zdąży wydać w formie książki.”

Jako receptę na tego rodzaju praktykę, autor proponuje:

„Ponieważ autor ani wydawca polski nie może płacić 365, ani nawet 52 $ za uzyskanie copyrightu na cały utwór, drukowany w piśmie, polecić można, jako najskuteczniejszy środek obrony, zarejestrowanie tylko kilku numerów pisma, w pewnych odstępach czasu. Uniemożliw to redaktorowi lub wydawcy amerykańskiego przedruk lub przekład całego dzieła, gdyż je dekompletuje.”

Autor konkluduje jednak:

„Nie zabezpiecza to wprawdzie autora całkowicie od ewentualnych nadużyć – korsarska bezczelność w połączeniu z iście amerykańska pomysłowością znajduje wyjście i z takiej trudności – bądź co bądź jest to poważna przeszkodą w naruszeniu praw autorskich.

(S. Czosnowski , Ochrona Praw Autorskich w stanach Zjednoczonych, Warszawa 1928).

Chciałby się powiedzieć co za ironia losu… Niespełna 90 lat temu, Stany Zjednoczone w interesie swojego przemysłu, starały się ograniczyć ochronę twórców europejskich na swoim terytorium.

Chodziło oczywiście o swobodną eksploatację europejskiej twórczości oraz zapewnienie pracy dla rodzimych wydawców.

Dziś, działając pod wpływem tegoż samego przemysłu, wielkich firm informatycznych, producentów muzycznych, czy filmowych, będących głównym światowym procentem wszelkiego rodzaju „twórczości” Stany Zjednoczone drapieżnie walczą o wzmocnienie światowej ochrony praw własności intelektualnej. Przypomnieć wypada, iż począwszy od lat 80 ubiegłego stulecia, to głównie z inicjatywy Stanów Zjednoczonych następuje stałe rozszerzenie i umocnienie ochrony własności intelektualnej w świeci. Wspomnieć można choćby o konwencji TRIPS, czy ostatnio ACTA.

Można by rzecz w kolejnych latach miejsce amerykańskiego „korsarza” zajął najpierw polski, czy rosyjski, a aktualnie chiński „pirat” , a miejsce polskiego literata zajął amerykański wydawca, czy producent filmowy. A taki stan rzeczy zupełnie zmienia nastawienie amerykańskiego przemysłu do ochrony praw autorskich…

Romek Bieda